środa, 21 maja 2008

Choć już życia, psia mać popołudnie...


MARYLA RODOWICZ - JEST CUDNIE [2008]

''A na razie kołyszą nas noce, a na razie kołysza nas dni. Choć już życia psia mać popołudnie, Jest cudnie, jest cudnie"

Magda Umer


Nie mnie 'małej' oceniać taką legendę jak Maryla, ale chyba zdanie własne wyrazić mi można... Otóż napędzana rozlicznymi bajecznymi recenzjami na temat krążka "Jest cudnie", w którym palce maczał Smolik, Nosowska, Umer, Krajewski, Staszczyk postanowiłam przesłuchać. Szczerze mówiąc, wiązałam większe nadzieje z tą płytą. Spodziewałam się przełomu - tak jak zapowiadano. Spodziewałam się naprawdę świeżości, może większej ambicji jeśli chodzi o warstwę stricte muzyczną. Jeśli zaś chodzi o teksty nie zawiodłam się. Faktycznie pokazują nam świadomą siebie artystkę, w pełni dojrzałą, znającą 'mądrość życiową' piosenki.
Absolutnie nie rozczarował mnie tytułowy utwór "Jest cudnie". Skomponowany i nagrany w tym klimacie, którego spodziewałam się po całej płycie. Piękny test, z przepięknym fragmentem, który pozwoliłam sobie zacytować na górze. Motto swoiste, ale może jeszcze nie dla mnie będącej w wielu studenckim ;)
Słuchając "Jest cudnie" odnosiłam wrażenie -nie umniejszając naprawdę potędze Rodowicz - że słucham czegoś łudząco podobnego do muzyki Norah Jones. Klimaty country pomieszane z ambitnym popem, i za pośrednictwem Smolika trącające nutką tej 'awangardy'. Momentami wplatający się sentymentalny duch Krajewskiego. Płyta warta przesłuchania, acz na mój indywidualny gust - rozczarowanie. Reklama wg mnie przesadziła.

5/10


Wschód Miasta Aniołów...


PETER CINCOTTI - EAST OF ANGEL TOWN [2008]

Tak... dzisiaj pokusiłam się o Cincottiego płytkę najnowszą.
Poprzednie dwie a mianowicie autorski krążek "Peter Cincotti" z 2003, oraz "On the moon" z 2004 były wg mnie całkiem udane, spójne stylowo i dość wyraziście rysowały Nam słuchaczom nie do końca jeszcze dojrzały wizerunek tego młodego, zdolnego artysty. Śmiało można stwierdzić, że pokolenie croonerów wyginęło już kilkadziesiąt lat temu... Na jego czele bacznie stali Sinatra, Martin, Scott... W dzisiejszych czasach tego 'gatunku' bronić się starają twórcy pokroju pana Buble, Connica Jr. , Tyrella, czy właśnie Cincottiego. Niektórym wychodzi to bardziej niektórym mniej. W przypadku Petera, niewątpliwie wszystko jest na dobrej drodze. Z jednym małym wyjątkiem. Płyta, o której mówię... nie może zostać wg mnie jednoznacznie zaliczona do gatunku JAZZ, SWNG, SMOOTH JAZZ. Są tutaj zarówno elementy popowe, cięższe brzmienia soft-rockowe, kilka fraz stylizowanych na klasykę (np wyśmienita klawesynowa wstawka w Witch's Brew). Skupiając się zaś na stronie wymowy tekstów śmiało można postawić ocenę dobrą może nawet z plusem. Teksty związane ze wspomnieniami młodości w Los Angeles. Liryczne, ciepłe, refleksyjne - dla romantyków strzał w '10'. Płyta fajna, jako tło do kolacji w intymnej atmosferze, jak i do posłuchania w samotne popołudnie.

7/10 (biorąc pod uwagę wszystkie czynniki ZA i PRZECIW Cincottiemu)